Monthly Archives: Wrzesień 2026

Gdzie kucharek sześć…? Czyli kilka słów o opłacie turystycznej

Już jakiś czas temu zwracałem uwagę na problem potencjalnego weta prezydenta wobec ustawy wprowadzającej opłatę turystyczną, jeśli taka ustawa zostanie ostatecznie uchwalona. Jest jednak jeszcze jeden, moim zdaniem dość istotny problem związany z opłatą turystyczną. Chodzi o społeczne poparcie dla tego pomysłu, a właściwie o to, czy ktokolwiek na poważnie próbuje przekonać do niego społeczeństwo. Można odnieść wrażenie, że w całej dyskusji o opłacie turystycznej jest trochę jak w powiedzeniu „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Jest sporo różnych stanowisk, deklaracji, pomysłów i argumentów, ale zdecydowanie mniej jasnego komunikatu: dlaczego właściwie ta opłata jest potrzebna i dlaczego przeciętny Polak powinien uznać jej wprowadzenie za coś uzasadnionego?

Oczywiście można założyć, że w takich miastach jak Kraków, Wrocław czy Gdańsk mieszkańcy będą bardziej skłonni poprzeć takie rozwiązanie (co widać też po wykorzystywaniu tego tematu w obecnej kampanii prezydenckiej w Krakowie). To właśnie te miasta w szczególny sposób odczuwają zarówno korzyści z turystyki, jak i jej koszty. Duża liczba odwiedzających oznacza przecież większe obciążenie transportu, infrastruktury, przestrzeni publicznej czy usług komunalnych. Argument, że osoby przyjeżdżające turystycznie powinny w pewnym stopniu partycypować w kosztach funkcjonowania tej infrastruktury, może być więc dla mieszkańców takich miejscowości całkiem przekonujący. Zapewne niektórzy będą też liczyć na to, że opłata wpłynie na zmniejszenie zainteresowania turystów najbardziej obleganymi miejscami.

Ale czy podobnie będzie w całej Polsce? Mam spore wątpliwości. Obawiam się, że w skali ogólnopolskiej większość mieszkańców może być przeciwna wprowadzeniu dodatkowej opłaty. I jeżeli kolejne sondaże rzeczywiście zaczęłyby pokazywać taki trend, to trudno sobie wyobrazić, żeby politycy mogli go całkowicie zignorować. Ostatecznie nowe opłaty czy daniny zawsze są politycznie trudnym tematem, szczególnie wtedy, gdy dotyczą bardzo dużej grupy obywateli i są łatwe do przedstawienia jako „kolejny koszt”. A przecież z perspektywy przeciętnego „Kowalskiego” sprawa może wyglądać banalnie. Jedzie z rodziną na kilka dni nad morze, w góry czy do któregoś z dużych polskich miast. Płaci za paliwo albo bilety, nocleg, jedzenie, atrakcje i inne wydatki. I nagle dowiaduje się, że do tego wszystkiego dochodzi jeszcze opłata turystyczna. W przypadku kilku osób i kilku dni pobytu może się z tego uzbierać kilkadziesiąt złotych, a przy dłuższym pobycie odpowiednio więcej.

I teraz najważniejsze pytanie: co taki „Kowalski” ma usłyszeć w zamian? Jakie jest uzasadnienie tej opłaty? Na co konkretnie zostaną przeznaczone pieniądze? Co dzięki niej zostanie zbudowane, poprawione albo sfinansowane? Jaką korzyść odniesie z tego turysta, a jaką mieszkaniec odwiedzanej miejscowości? Czy opłata rzeczywiście spowoduje mniej przyjazdów turystów? A może wręcz przeciwnie – część pozyskanych środków będzie przeznaczana na działania promocyjne, co w konsekwencji może prowadzić do zwiększenia liczby turystów? Mam wrażenie, że właśnie tutaj cała sprawa wygląda obecnie najsłabiej. Bardzo słabo komunikacyjnie wyglądają działania mające przekonać społeczeństwo, że taka opłata jest zasadna i potrzebna. Brakuje mi przede wszystkim poważnej, spójnej i zrozumiałej kampanii informacyjnej. Takiej, która nie ograniczałaby się do dyskusji o wysokości opłaty, kompetencjach samorządów czy szczegółach legislacyjnych, ale odpowiedziałaby na podstawowe pytanie: po co właściwie to robimy?

Jeżeli argumentem jest to, że turystyka generuje określone koszty, to trzeba te koszty pokazać. Jeżeli pieniądze mają trafiać na infrastrukturę turystyczną, transport, bezpieczeństwo, utrzymanie przestrzeni publicznej czy ochronę środowiska – trzeba to jasno powiedzieć. Jeżeli dzięki opłacie mają zyskać również sami turyści, trzeba pokazać, w jaki sposób. Inaczej przeciętny obywatel zobaczy po prostu kolejną pozycję na rachunku. I trudno się wtedy dziwić jego irytacji. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego właściwie nikt nie próbuje tego tematu na poważnie społecznie „sprzedać”. Przecież jeżeli rzeczywiście istnieje przekonanie, że opłata turystyczna jest potrzebna, to naturalnym działaniem powinno być przygotowanie argumentów i próba przekonania do nich opinii publicznej.

Tymczasem mam wrażenie, że w tej sprawie trochę brakuje gospodarza. W zasadzie po miesiącach a nawet latach dyskusji wciąż nie ma zgody nawet co do tego na co ta opłata ma iść. Jeśli nie wiemy na co, to też trudniej sensownie informować społeczeństwo. Samorządy są zainteresowane jednym rozwiązaniem, branża turystyczna może mieć swoje obawy i interesy, politycy mają własne kalkulacje, a rząd prowadzi prace legislacyjne. Tylko kto właściwie ma przekonać społeczeństwo, że to wszystko ma sens? Bo samo uchwalenie przepisów nie załatwi problemu, zwłaszcza jeśli ustawa ma być jeszcze podpisana przez prezydenta.

Jeżeli opłata turystyczna ma funkcjonować przez lata, potrzebna będzie również społeczna akceptacja. Szczególnie że jej koszt będzie ponosić bardzo konkretna osoba – właśnie ten wspomniany wcześniej „Kowalski”, który pojedzie z rodziną na urlop. I tu dochodzimy do jeszcze bardziej interesującego pytania: czy władze rzeczywiście chcą tej opłaty? Może tu nie chodzi po prostu o problem odpowiedniej komunikacji, a po prostu o rzeczywisty brak chęci opracowania takiego projektu i jego wdrożenia w życie? Może nikt specjalnie nie chce prowadzić takiej kampanii, ponieważ nie ma wystarczającej determinacji, żeby rzeczywiście doprowadzić do wprowadzenia opłaty i jednocześnie wziąć na siebie polityczną odpowiedzialność za ustawę, która nakłada na obywatela kolejny koszt. Zawsze istnieje przecież ryzyko, że na końcu prezydent taką ustawę zawetuje, a odpowiedzialność za całe zamieszanie rozłoży się na wiele stron.

Czy część tych działań może być więc mimo wszystko w pewnym sensie pozorowana? Trudno to jednoznacznie przesądzać. Tym bardziej że pamiętamy przecież opinię ówczesnego ministra sportu i turystyki Sławomira Nitrasa, który określił opłatę turystyczną jako „głupi pomysł”. Jeżeli takie stanowisko było wcześniej prezentowane na poziomie rządowym, to naturalne jest pytanie, czy obecne działania oznaczają rzeczywistą zmianę podejścia, czy raczej próbę znalezienia kompromisu pomiędzy różnymi interesariuszami. Być może więc problem z opłatą turystyczną nie sprowadza się wcale tylko do potencjalnego weta prezydenta. Być może znacznie większym problemem jest brak odpowiedzi na pytanie, czy istnieje wystarczająca polityczna determinacja, żeby ten pomysł rzeczywiście obronić przed społeczeństwem. Bo jeśli chce się wprowadzić nową opłatę, trzeba najpierw ludziom wytłumaczyć, dlaczego mają ją płacić. A tego przekazu na razie zdecydowanie mi brakuje. I dlatego trudno nie zadać pytania: skoro opłata turystyczna rzeczywiście jest takim dobrym i potrzebnym rozwiązaniem, to dlaczego tak niewiele robi się, żeby przekonać do niej „Kowalskiego”?

Może po prostu „kucharek” jest zbyt wiele, a żadna z nich nie chce wziąć odpowiedzialności za przygotowanie całego dania. Tym bardziej że zawsze istnieje ryzyko, iż kiedy danie będzie już gotowe, ktoś inny po prostu odeśle je z powrotem do kuchni.